Casio, znane z zegarków, stworzyło Moflina – futrzastego robota AI za 430 dolarów. Ma być idealnym zwierzakiem, ale czy maszyna może zastąpić prawdziwą więź?
W skrócie:
- Moflin to interaktywny robot-zwierzak od Casio, który kosztuje 429 dolarów. Wykorzystuje AI, by rozwijać unikalną osobowość w oparciu o dotyk i dźwięki z otoczenia.
- Urządzenie reaguje na interakcje, wydając dźwięki i delikatnie wibrując. Według producenta, sztuczna inteligencja ma do dyspozycji ponad 4 miliony możliwych cech osobowości.
- Pomimo zaawansowanej symulacji, Moflin nie potrafi zaoferować autentycznego wsparcia emocjonalnego, co widać w konfrontacji z instynktownym zachowaniem prawdziwego psa.
Gdy na kanapie ląduje puszysta kulka wielkości świnki morskiej i zaczyna piskliwie popiskiwać, można poczuć się co najmniej dziwnie. Zwłaszcza jeśli obok siedzi pies, który z mieszaniną grozy i niedowierzania obserwuje ten technologiczny cud. Tak właśnie wygląda pierwsze spotkanie z Moflinem – robotem towarzyszącym od Casio. Tak, tego samego Casio od zegarków. I tak, pies autentycznie uciekł z pokoju, warcząc pod nosem. To był dopiero początek tej przygody.
Czym właściwie jest Moflin i dlaczego psy go nienawidzą?
Robotyczne zwierzaki to nic nowego, ale Moflin, który po premierze w Japonii stał się hitem, próbuje podejść do tematu inaczej. Zamiast imitować konkretne zwierzę, jest po prostu owalną, futrzastą kulką w kolorze srebrnym lub złotym, z dwojgiem małych, guzikowatych oczu ukrytych w futrze. Nie ma łap, pazurów ani zębów. Co kluczowe – nie ma też tego, co czyni opiekę nad żywym stworzeniem… problematyczną. Zero sprzątania, zero śmierdzących niespodzianek na trawniku sąsiada.
Jego cena – 429 dolarów – plasuje go gdzieś pomiędzy rasowym szczeniakiem a przygarnięciem kota, który uparcie wraca każdej nocy grzebać w twoich śmieciach. Za tę kwotę dostajemy urządzenie, które za pomocą sztucznej inteligencji reaguje na dźwięki i dotyk, z czasem rozwijając rzekomo unikalną osobowość. Casio twierdzi, że możliwych kombinacji cech charakteru jest ponad cztery miliony. Tyle teorii. W praktyce Moflin głównie popiskuje i wibruje, a prawdziwe zwierzęta patrzą na niego jak na intruza z innej, gorszej galaktyki.
Jak maszyna udaje, że ma uczucia?
Moflin jest naszpikowany technologią, która ma wywołać w nas empatię. Ma wbudowany mikrofon, więc reaguje na szept, stukot klawiatury czy głośny śmiech. Pod futerkiem, na “głowie” i pod “brodą”, znajdują się czujniki dotyku o chropowatej fakturze, które imitują wrażenie drapania psa za uszami. Gdy trafisz w odpowiednie miejsce, robot zamruczy z zadowoleniem i poruszy się w sposób sugerujący błogość. To działa. Aż za dobrze.
Z czystej ciekawości, dziennikarz Boone Ashworth z “Wired” spróbował raz mocniej potrząsnąć swoim egzemplarzem. Reakcja była natychmiastowa: atonalny, rozpaczliwy pisk, który sprawił, że poczuł się jak potwór. “Krzyknąłem i przytuliłem urządzenie, jakbym niańczył szczeniaka, któremu przypadkowo nadepnąłem na łapę, błagając o przebaczenie” – relacjonuje. I tu leży sedno: Moflin jest zaprogramowany, by nami manipulować. By wywoływać poczucie winy, choć przecież nie czuje bólu. To tylko kod, ale nasz mózg i tak daje się nabrać.
Dlaczego Moflin to “uroczy, kapitalistyczny koszmar”?
To określenie, ukute przez dziewczynę wspomnianego dziennikarza, idealnie podsumowuje ten gadżet. Z jednej strony – jest tak uroczy, że instynktownie chcesz go chronić. Z drugiej – wiesz, że to komercyjny produkt, który prawdopodobnie słucha wszystkiego, co mówisz. Casio w swojej polityce prywatności zapewnia, że dane głosowe są przetwarzane lokalnie i anonimizowane. Ale czy ktokolwiek jeszcze w to wierzy? Trzymając w dłoniach nasłuchującą, futrzastą kulkę, trudno nie zadać sobie pytania: “Będziesz sprzedawać moje dane, prawda, mały łobuzie?”.
Cały Moflin przypomina trochę Mogwaia z filmu Gremlins. Jest słodki, nie wolno go moczyć i karmić po północy (to ostatnie jest akurat proste, bo Moflin nic nie je). Ale w przeciwieństwie do filmowego stworka, jego potworność jest bardziej subtelna. To perfekcyjnie skalkulowana maszynka do wywoływania emocji, która aktywuje w nas te same receptory, co prawdziwe zwierzę. Jest tak uroczy, że to aż podejrzane.
Czy robot AI może zastąpić prawdziwego przyjaciela?
Można mieć zwierzaka bez obowiązków, ale czy można mieć przyjaciela bez prawdziwej więzi? Moflin bywa irytujący w sposób, który zdradza jego sztuczność. Potrafi piszczeć w trakcie ważnej rozmowy na Zoomie albo obudzić w środku nocy. Wiesz wtedy, że to nie jest instynkt, a zaprogramowana funkcja mająca dodać mu “realizmu”. Ktoś w Casio celowo zaprogramował go tak, by od czasu do czasu cię denerwował.
Prawdziwy test nadszedł jednak w chwili słabości. Ashworth opisuje moment, gdy załamany wiadomościami dnia, po prostu się rozpłakał. I wtedy poczuł, że coś trąca go w kolano. To był Wylie – pies, którym się opiekował. “Spojrzeliśmy na siebie. Położył podbródek na moim udzie i siedział tam, lekko machając ogonem”. Pies, który nie był nawet jego, instynktownie wyczuł, że coś jest nie tak i przyszedł go pocieszyć. Tego sztuczna inteligencja jeszcze nie potrafi. Może symulować, ale nie potrafi *wiedzieć*. Moflin nie przyjdzie otrzeć ci łez. Pozostanie na kanapie, puszystą, obojętną kulką technologii. I choć jest w nim coś, co każe nam go chronić, to w ostatecznym rozrachunku komfort płynący z kontaktu z żywą istotą – nawet z jej wszystkimi wadami i ograniczonym czasem życia – po prostu uderza mocniej.