Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Kryzys w OpenAI. Gigant AI wysyła szeryfa do krytyka, a pracownicy pytają: stajemy się potęgą zła?

OpenAI miało zbawić ludzkość, a wysyła szeryfów do krytyków. Po premierze Sory 2 i fali pozwów nawet czołowi pracownicy firmy pytają, czy nie staje się ona potęgą zła.

W skrócie:

  • OpenAI, mimo misji “dla dobra ludzkości”, wysłało zastępcę szeryfa z wezwaniem do prawnika Nathana Calvina, krytykującego politykę firmy i lobbującego za regulacjami AI.
  • Model Sora do generowania wideo został wytrenowany na materiałach chronionych prawem autorskim, co wywołało pozwy m.in. od “New York Times” i oburzenie twórców.
  • Wewnątrz firmy narasta kryzys. Czołowi pracownicy, jak szef ds. misji Josh Achiam, publicznie kwestionują, czy OpenAI nie staje się “przerażającą potęgą”.

Chris Lehane to człowiek od brudnej roboty. Specjalista od znikania złych wiadomości, były sekretarz prasowy Ala Gore’a i główny menedżer kryzysowy Airbnb. Od dwóch lat ma prawdopodobnie najtrudniejsze zadanie w karierze – jako wiceprezes ds. globalnej polityki OpenAI musi przekonać świat, że firmie naprawdę zależy na demokratyzacji AI. Problem w tym, że OpenAI coraz bardziej zachowuje się jak każdy inny technologiczny gigant, który kiedyś twierdził, że jest inny.

Jak Sora wskrzesiła Tupaca i problemy z prawem autorskim?

Wszystko zaczyna się od Sory. Narzędzie do generowania wideo, które zadebiutowało z materiałami chronionymi prawem autorskim ewidentnie wbudowanymi w model, było genialnym ruchem marketingowym. Zaproszeni użytkownicy tworzyli cyfrowe wersje siebie, postaci z “South Park” i zmarłe gwiazdy, takie jak Tupac Shakur. Zapytany o tę decyzję, Chris Lehane nazwał Sorę “technologią ogólnego przeznaczenia”, niczym prasa drukarska. To zgrabne, ale nie tłumaczy, dlaczego firma najpierw pozwoliła właścicielom praw na “wypisanie się” z treningu (co jest odwróceniem logiki prawa autorskiego), a potem, widząc popularność, “ewoluowała” w stronę modelu opt-in.

To nie iteracja. To testowanie, na jak wiele można sobie pozwolić. Kiedy Lehane usłyszał zarzut, że wydawcy są odcinani od zysków, powołał się na fair use – amerykańską doktrynę prawną, którą nazwał “tajną bronią dominacji technologicznej USA”. Brzmi dumnie, ale nie odpowiada na pytanie o ludzki koszt, o którym pisała Zelda Williams, błagając obcych ludzi, by przestali wysyłać jej wygenerowane przez AI filmy z jej zmarłym ojcem, Robinem Williamsem. “Nie tworzycie sztuki” – napisała. – “Robicie obrzydliwe, przeprocesowane parówki z życia istot ludzkich”.

Czy AI wyssie prąd i wodę z biednych miasteczek?

Kolejny problem to infrastruktura, o której nikt nie chce mówić wprost. OpenAI buduje gigantyczne centra danych w Teksasie i Ohio, często w miejscowościach zmagających się z problemami ekonomicznymi. Lehane porównuje AI do elektryczności i przekonuje, że kto ostatni uzyska do niej dostęp, ten zostanie w tyle. Jednak jego firma, ze swoim projektem Stargate, celuje w te same miejsca, by zaspokoić gigantyczny apetyt na wodę i energię. Jeden gigawat energii tygodniowo – tyle potrzebuje OpenAI.

Na pytanie, czy lokalne społeczności na tym skorzystają, czy tylko zapłacą wyższe rachunki, Lehane uciekł w geopolitykę. Mówił o Chinach, które uruchomiły 450 gigawatów mocy i 33 reaktory jądrowe. Przekonywał, że jeśli demokracje chcą demokratycznej AI, muszą konkurować. “Optymista we mnie mówi, że to zmodernizuje nasze systemy energetyczne” – stwierdził. To inspirująca wizja, ale nie jest odpowiedzią na pytanie, czy mieszkańcy Lordstown i Abilene będą patrzeć na rosnące rachunki za media, podczas gdy OpenAI będzie generować filmy z Notorious B.I.G.

Kiedy PR zderza się z szeryfem. Dlaczego OpenAI ściga krytyków?

Wizerunek firmy, która budzi się o 3 nad ranem, martwiąc się o dobro ludzkości, rozpadł się z hukiem. W tym samym czasie, gdy Lehane czarował publiczność w Toronto, zastępca szeryfa w Waszyngtonie wręczał wezwanie sądowe Nathanowi Calvinowi, prawnikowi z organizacji non-profit Encode AI. OpenAI zażądało jego prywatnych wiadomości z legislatorami i byłymi pracownikami firmy.

Według Calvina to taktyka zastraszania związana z nową regulacją AI w Kalifornii. Stwierdził, że firma wykorzystała swoją batalię prawną z Elonem Muskiem jako pretekst do atakowania krytyków. Nazwał też Lehane’a, konkretnie, “mistrzem mrocznych sztuk politycznych”. W Waszyngtonie to może być komplement. Ale w firmie z misją “budowania AI dla dobra całej ludzkości” brzmi to jak akt oskarżenia.

“Czy stajemy się przerażającą potęgą?”. Pęknięcie wewnątrz OpenAI

Najbardziej druzgocące ciosy nadeszły jednak z wewnątrz. Po premierze Sory Boaz Barak, badacz OpenAI i profesor Harvardu, napisał, że jest “technicznie niesamowita, ale przedwcześnie jest gratulować sobie unikania pułapek mediów społecznościowych i deepfake’ów”. Ale to nic w porównaniu z tym, co zrobił Josh Achiam – szef ds. zgodności z misją w OpenAI.

Komentując sprawę Calvina, napisał na Twitterze coś, co sam określił jako “ryzyko dla całej kariery”. Stwierdził, że OpenAI “nie może robić rzeczy, które czynią z nas przerażającą potęgą, a nie cnotliwą. Mamy obowiązek i misję dla całej ludzkości. Poprzeczka do wypełnienia tego obowiązku jest niezwykle wysoka”. Zatrzymajmy się tu na chwilę. To nie jest konkurent ani dziennikarz. To człowiek, który wierzy w misję firmy i przyznaje, że przeżywa kryzys sumienia. To moment, który krystalizuje wszystkie sprzeczności. I każe zadać pytanie: czy ktokolwiek, włącznie z pracownikami, jeszcze wierzy w misję OpenAI?