Apple szykuje rewolucję w iOS 27. Firma chce pozwolić użytkownikom na wybór domyślnego modelu AI, który zasili Siri i Apple Intelligence. Koniec z dyktatem!
W skrócie:
- Apple pracuje nad systemem “Extensions”, który pozwoli na integrację zewnętrznych modeli AI z Siri i Apple Intelligence poprzez aplikacje z App Store.
- Użytkownicy będą mogli samodzielnie wybrać, które rozwiązanie AI ma odpowiadać za generowanie tekstów, obrazów czy obsługę asystenta głosowego w systemie iOS 27.
- To radykalna zmiana strategii – Apple zamiast tworzyć własną, zamkniętą AI, chce stać się otwartą platformą dla konkurencyjnych technologii, w tym od Google.
Apple przez dziesięciolecia budowało reputację firmy, która wie lepiej. Od zamkniętego systemu plików, przez złącze Lightning, które opierało się standardowi USB‑C, aż po 30-procentową prowizję w App Store – filozofia była prosta: my tworzymy zasady, a ty, użytkowniku, masz się do nich dostosować. W zamian dostajesz spójność, bezpieczeństwo i elegancję. Aż do teraz. Jak donosi Mark Gurman z Bloomberga, jeden z najlepiej poinformowanych dziennikarzy śledzących Apple, firma z Cupertino szykuje zwrot, który można nazwać historycznym. Strategia jednego, z góry narzuconego dostawcy AI – obecnie jest nim OpenAI ze swoim ChatGPT, zintegrowanym dość powierzchownie – najwyraźniej zawiodła. Gigant chce spróbować czegoś, co dotąd w jego słowniku było herezją: dać użytkownikom realny wybór.
Wewnętrznie projekt nosi mało porywającą, ale niezwykle trafną nazwę “Extensions” (Rozszerzenia). Jego celem jest fundamentalna przebudowa sposobu, w jaki działają Apple Intelligence oraz Siri w nadchodzącym iOS 27. Zamiast kurczowo trzymać się jednego partnera lub próbować na siłę promować własne, wciąż niedopracowane rozwiązania, Apple zamierza otworzyć swój system na zewnętrzne modele sztucznej inteligencji. To ruch, który jeszcze rok temu wywołałby co najwyżej uśmiech politowania. Dziś wydaje się jedyną sensowną drogą ucieczki do przodu.
Jak dokładnie będzie wyglądać AI na sterydach w iPhonie?
Mechanizm, przynajmniej w teorii, ma być prosty i – co w tym wszystkim jest najbardziej “apple’owe” – głęboko zintegrowany z App Store, czyli maszynką do zarabiania pieniędzy. Użytkownik pobierze aplikację oferującą konkretny model AI (wyobraźmy sobie dedykowane aplikacje dla Gemini od Google, Claude od Anthropic czy Llama od Meta), a następnie zanurkuje w czeluściach systemowych ustawień. Tam czekać będzie na niego panel, w którym wskaże, który z zainstalowanych “mózgów” ma być domyślny. Co fascynujące, wybór ma być granularny. Będzie można zdecydować, że do pisania maili używamy jednego modelu, do generowania obrazów w Image Playground drugiego, a poczciwa Siri ma wreszcie zacząć rozumieć kontekst dzięki technologii trzeciego dostawcy.
To poziom personalizacji, którego nikt po Apple się nie spodziewał. Zwłaszcza że zmiana ma dotknąć również samego asystenta. Wybierając zewnętrzne AI do obsługi Siri, użytkownik będzie mógł także zmienić jej głos na jeden z oferowanych przez wybranego chatbota. Oznacza to potencjalny koniec charakterystycznego, dobrze znanego głosu, który towarzyszy nam od lat. W tej układance jest też element czysto prawny. Apple, świadome ryzyka, przygotowuje się do obrony. W kluczowych miejscach interfejsu pojawią się komunikaty w stylu: “Apple nie bierze odpowiedzialności za treści generowane przez modele firm trzecich”. To sprytne zrzucenie odpowiedzialności, które pozwala firmie czerpać korzyści bez ponoszenia pełnego ryzyka za halucynacje czy błędy zewnętrznych AI. Aż trudno uwierzyć, że mówimy o firmie, która przez lata odrzucała aplikacje z App Store za najdrobniejsze uchybienia.
To nie altruizm, to czysta strategia. Dlaczego Apple to robi?
Skąd ta nagła miłość do wolności wyboru? Odpowiedź jest brutalnie prosta: Apple przespało rewolucję generatywnej AI i teraz, z pistoletem przy głowie, próbuje nadrobić zaległości w jedyny sposób, jaki mu pozostał. Zamiast rzucać kolejne miliardy dolarów w pogoń za OpenAI, Google i Microsoftem, próbując zbudować “jeden model, by wszystkimi rządzić”, firma Tima Cooka wykonuje strategiczny pivot. Chce stworzyć najlepszą, najbardziej dochodową platformę do korzystania z *wszystkich* wiodących modeli AI. To genialne w swojej prostocie i nieco cyniczne. Apple, zamiast być producentem, staje się luksusowym pośrednikiem, kuratorem i dystrybutorem technologii AI, pobierając przy tym (zapewne) sowitą prowizję od każdej transakcji czy subskrypcji.
Aby ułatwić użytkownikom nawigację w tym nowym, otwartym świecie, w App Store ma pojawić się specjalna sekcja, dedykowana wyłącznie aplikacjom AI zgodnym z systemem Extensions. To jasny sygnał dla rynku: “Chcecie dotrzeć do ponad miliarda zamożnych użytkowników iPhone’ów? Świetnie, ale musicie zagrać na naszych zasadach i oddać nam część zysków”. Pomimo tego Apple nie rezygnuje całkowicie z pracy nad własnymi modelami. Będą one prawdopodobnie domyślnym wyborem, opcją dla tych, którzy nie chcą niczego zmieniać. Ciężar strategiczny przesuwa się jednak z budowy zamkniętego rozwiązania na stworzenie otwartej areny. Areny, na której Apple zawsze wygrywa, bo to ono ustala reguły i sprzedaje bilety. To może być jeden z najważniejszych ruchów w historii firmy. I być może jedyny, który pozwoli jej realnie konkurować w nowej erze technologii.