Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Pisarze-boty zalewają rynek. Jedna autorka, 21 pseudonimów i sześciocyfrowy zysk

Sztuczna inteligencja wkracza do literatury, a rynek romansów tonie w zalewie syntetycznych książek. Jedna autorka wydała 200 powieści w rok. To wojna o duszę.

W skrócie:

  • Pewna autorka, używając AI, opublikowała ponad 200 romansów w ciągu roku pod 21 pseudonimami, generując sześciocyfrowe przychody i zalewając rynek.
  • Książki tworzone przez AI, np. przez model Claude, cierpią na brak emocjonalnej głębi, a sceny intymne są mechaniczne i często powielają te same, absurdalne metafory.
  • Prawdziwi autorzy stają przed murem – wydawnictwa są zalewane tysiącami słabej jakości propozycji od AI, przez co trudno im odkryć nowe, ludzkie talenty.

Rynek romansów, ten najbardziej dochodowy i – nie ukrywajmy – często najbardziej przewidywalny segment beletrystyki, przeżywa właśnie kryzys egzystencjalny. Jak donosi “The New York Times”, to tu, w krainie namiętnych westchnień i skomplikowanych relacji, sztuczna inteligencja znalazła sobie nowe poletko do popisu. Zaczęła pisać książki, budować fałszywe kariery i, co najgorsze, zatykać skrzynki mailowe wydawnictw. Redaktorzy muszą dziś przedzierać się przez tysiące propozycji, nie wiedząc, czy za kolejnym manuskryptem stoi obiecujący debiutant, czy może tylko dobrze skonfigurowany algorytm.

Problem nie leży w tym, że AI pisze lepiej. Wręcz przeciwnie. Pisze gorzej, ale za to z prędkością karabinu maszynowego. Jakość syntetycznych propozycji jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjna. Tzw. harlequiny nigdy nie aspirowały do miana literatury wysokiej, ale sztuczna inteligencja wciąż nie jest w stanie zrozumieć ludzkiej intymności, chemii między bohaterami czy niuansów emocjonalnych. Autorzy nie są więc zastępowani lepszym narzędziem. Są po prostu zagłuszani przez tony cyfrowej papki, zwanej w branży slopem.

Jak jedna autorka została fabryką z 200 książkami rocznie?

Główną bohaterką tej historii jest Coral Hart, południowoafrykańska pisarka, która przez lata publikowała dla gigantów gatunku, takich jak Harlequin czy Mills & Boon. Zawsze uchodziła za autorkę niezwykle płodną, ale dopiero generatywna AI pozwoliła jej osiągnąć produktywność, która zakrawa na absurd. W ciągu zaledwie jednego roku opublikowała ponad 200 powieści pod 21 różnymi pseudonimami, co przyniosło jej sześciocyfrowy przychód i sprzedaż na poziomie 50 tysięcy egzemplarzy.

Hart testowała różne modele – od Groka po NovelAI – ale jej ulubieńcem okazał się Claude od Anthropic. Choć, jak sama przyznaje z rozbrajającą szczerością, Claude “jest elegancki, ale fatalny w seksownej gadce”. Inne modele radziły sobie jeszcze gorzej, generując sceny erotyczne tak mechaniczne i pozbawione namiętności, że przypominały raczej instrukcję montażu mebli niż akt miłosny. To jednak nie powstrzymało jej przed masową produkcją.

Dlaczego AI fatalnie radzi sobie z miłością i seksem?

To, co dla miłośników romansów stanowi absolutny fundament – powolne budowanie napięcia, subtelna gra spojrzeń, chemia buzująca między postaciami – dla chatbotów jest barierą nie do przejścia. Modele AI idą na skróty. Pędzą do scen erotycznych, kompletnie ignorując emocjonalne podłoże relacji. Nie rozumieją niuansów, przez co ich bohaterowie mówią jak roboty i w kółko powtarzają te same, wyuczone metafory. Czasem aż do granic absurdu.

Najsłynniejszym już przykładem, który stał się memem w środowisku pisarskim, jest fraza: “Jej imię wyszeptał jak poszarpaną modlitwę”. Pojawia się ona w dziesiątkach książek generowanych przez różne modele, jakby AI uznała to za szczyt literackiego kunsztu i nie widziała potrzeby szukania alternatyw. Z kolei Sonia Rompoti, grecka psycholożka i autorka, przeanalizowała, jak AI radzi sobie z ciałopozytywnością. Wyniki są druzgocące. Kiedy w scenie pojawiała się jej bohaterka plus-size, model obsesyjnie wracał do jej wagi, opisując, jak “krzesło jęknęło pod jej ciężarem” lub podkreślając jej “masywną sylwetkę”. W momentach, które miały być pełne zmysłowości, AI zamieniała postać w karykaturę.

Czy czytelnicy chcą w ogóle literatury od bota?

Na szczęście wydaje się, że czytelnicy – przynajmniej na razie – nie dają się nabrać. Wystarczy, że autor zapomni usunąć z gotowej książki fragmentu promptu, a internet wybucha śmiechem i oburzeniem. W klubach książki, na TikToku i forach internetowych generatywna literatura jest traktowana jak oszustwo i zagrożenie dla autentyczności. Pomimo tego powstają takie inicjatywy jak Future Fiction Press, wydawnictwo specjalizujące się w powieściach pisanych przez AI. Mają już na koncie 19 tytułów i 20 tysięcy pobrań. Ich współzałożycielka twierdzi, że sprzedaż byłaby znacznie wyższa, gdyby nie oznaczali książek jako “A.I.-generated”.

Jest jeszcze kwestia praw autorskich, która budzi ogromne kontrowersje. Bestsellerowa autorka Marie Force odkryła, że ponad 80 jej książek zostało bezprawnie wykorzystanych do trenowania modelu Claude. Nie wyraziła na to zgody i, jak sama mówi, jest wściekła. To problem, który dotyka całej branży kreatywnej, ale w świecie romansów, gdzie liczy się ilość, jest on szczególnie dotkliwy.

Sztuczna inteligencja nie rozumie miłości ani pożądania. Rozumie za to strukturę, schematy fabularne i oczekiwania rynku. To wystarcza, by produkować książki w tempie przemysłowym. Pytanie, czy ktoś będzie chciał je czytać, pozostaje otwarte. Na razie największym zagrożeniem AI nie jest dla uznanych autorów, a dla debiutantów. Nie dlatego, że jest od nich lepsza. Dlatego, że zalewa rynek tonami słownego mułu, przez który młodzi, utalentowani ludzie bez znajomości nie mają szans się przebić. I to jest w tej historii najsmutniejsze.