Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Cameo pozywa OpenAI i wygrywa! Sąd zakazuje używania nazwy ‘Cameo’ w aplikacji Sora

OpenAI ma kłopoty prawne. Sąd zakazał firmie używania nazwy ‘Cameo’ w aplikacji Sora po pozwie od… Cameo. To starcie o znak towarowy i przyszłość AI.

W skrócie:

  • Sąd w USA nałożył na OpenAI tymczasowy zakaz używania nazwy ‘Cameo’ dla funkcji w aplikacji Sora. Decyzja zapadła 21 listopada 2025 roku i obowiązuje do 22 grudnia.
  • CEO firmy Cameo, Steven Galanis, wyraził satysfakcję z decyzji sądu. Podkreślił, że chroni ona konsumentów przed mylącym nazewnictwem stosowanym przez OpenAI.
  • OpenAI nie zgadza się z zarzutami. Firma argumentuje, że słowo ‘cameo’ jest terminem ogólnym i nie powinno podlegać wyłącznej ochronie jako znak towarowy.

Bywają wpadki małe, bywają też takie, które kosztują miliony dolarów i nadszarpnięty wizerunek. OpenAI, technologiczny Goliat i twórca ChatGPT, właśnie zaliczył tę drugą. Firma, która zdaje się wyprzedzać przyszłość, potknęła się o teraźniejszość, a konkretnie – o prawo własności intelektualnej. Poszło o jedno słowo: ‘cameo’. Słowo, które dla OpenAI miało być chwytliwą nazwą dla nowej, kontrowersyjnej funkcji w aplikacji Sora, a które dla innej firmy jest całą tożsamością i… zastrzeżonym znakiem towarowym.

Aplikacja Sora, najnowsze dziecko OpenAI w segmencie społecznościowym, od początku budziła emocje. Jej kluczowa funkcja, nazwana właśnie ‘Cameo’, pozwala użytkownikom na tworzenie deepfake’ów z własnym udziałem lub – za zgodą – z udziałem innych osób. Już na starcie projekt wywołał burzę. Dość powiedzieć, że interweniować musiała nawet fundacja zarządzająca spuścizną Martina Luthera Kinga Jr., by zapobiec potencjalnym nadużyciom. To był jednak dopiero przedsmak prawdziwych problemów.

Jak jedno słowo wywołało wojnę?

Na scenę wkroczyła firma Cameo. Tak, ta od personalizowanych nagrań wideo od celebrytów. Okazało się, że nazwa, którą beztrosko posłużyło się OpenAI, jest od lat jej prawnie chronionym znakiem towarowym. Reakcja była szybka i stanowcza. Cameo złożyło pozew, a amerykańska sędzia Eumi K. Lee przychyliła się do wniosku o tymczasowy zakaz. 21 listopada 2025 roku na OpenAI nałożono ograniczenie, które blokuje firmie możliwość używania słowa ‘cameo’ oraz wszelkich podobnie brzmiących fraz w kontekście aplikacji Sora. To prawny policzek, który musiał zaboleć.

Tymczasowy zakaz ma wygasnąć 22 grudnia o godzinie 17:00. Zanim to nastąpi, 19 grudnia o 11:00, odbędzie się kluczowe przesłuchanie w tej sprawie. Co ciekawe, mimo sądowego nakazu, w poniedziałkowe popołudnie (24 listopada) aplikacja Sora wciąż używała zakwestionowanej nazwy. To może być sygnał, że OpenAI albo gra na czas, albo szykuje się do twardej walki na argumenty prawne.

Co na to główni zainteresowani?

Oba obozy okopały się na swoich pozycjach. Steven Galanis, CEO Cameo, nie krył zadowolenia z orzeczenia sądu. W oficjalnym oświadczeniu stwierdził: “Jesteśmy wdzięczni za decyzję sądu, która uznaje potrzebę ochrony konsumentów przed zamieszaniem, jakie stworzyło OpenAI, używając znaku towarowego Cameo”. Dodał również: “Choć nakaz sądu jest tymczasowy, mamy nadzieję, że OpenAI zgodzi się na stałe zaprzestać używania naszego znaku, aby uniknąć dalszej szkody dla opinii publicznej lub Cameo”. To jasny sygnał – nie ma mowy o kompromisach.

OpenAI, jak przekazał rzecznik firmy stacji CNBC, ma zupełnie inne zdanie. Gigant AI twierdzi, że firma Cameo nie może rościć sobie wyłącznych praw do słowa, które w języku angielskim ma szerokie, ogólne znaczenie (oznacza krótki, gościnny występ znanej osoby). To klasyczna linia obrony w tego typu sporach: słowo jest zbyt generyczne, by mogło stać się czyjąś wyłączną własnością. Sęk w tym, że w kontekście mediów i cyfrowej rozrywki marka Cameo zbudowała wokół niego silne i jednoznaczne skojarzenia.

Arogancja giganta czy zwykłe niedopatrzenie?

Trudno uwierzyć, że globalna korporacja z nieograniczonymi zasobami prawnymi popełniła tak szkolny błąd. Dlaczego nikt nie sprawdził rejestru znaków towarowych? Możliwe scenariusze są dwa. Pierwszy, bardziej prawdopodobny, to pośpiech. W wyścigu o dominację na rynku AI firmy działają w tempie, które sprawia, że takie “drobnostki” jak weryfikacja prawna nazwy mogą umknąć. Liczy się czas wprowadzenia produktu na rynek, a resztą można zająć się później. Tyle że to “później” właśnie nadeszło.

Drugi scenariusz zakłada pewną dozę arogancji. OpenAI mogło uznać, że jego pozycja jest na tyle silna, a słowo ‘cameo’ na tyle uniwersalne, że nikt nie odważy się rzucić im wyzwania. Jeśli tak było, firma mocno się przeliczyła. Sprawa ta staje się symbolicznym przypomnieniem, że nawet w świecie zdominowanym przez algorytmy i sieci neuronowe, stare, dobrze znane paragrafy kodeksu handlowego wciąż mają ostateczne słowo. To lekcja pokory, za którą OpenAI być może będzie musiało słono zapłacić – nie tylko zmianą nazwy, ale i potencjalnym odszkodowaniem.