Amazon MGM Studios uruchamia AI Studio – platformę dla filmowców, która ma zrewolucjonizować produkcję. Cel: obniżenie kosztów. Reakcja? Hollywood jest w szoku.
W skrócie:
- Amazon MGM Studios ujawnił AI Studio, wewnętrzną platformę narzędzi AI dla filmowców, która ma obniżyć koszty i przyspieszyć produkcję filmów i seriali.
- Za projekt odpowiada mały zespół pod wodzą Alberta Chenga, a do testów zaproszono m.in. laureata Oscara Roberta Stromberga i byłego animatora Pixara.
- Inicjatywa budzi ogromne kontrowersje w Hollywood, dzieląc twórców na zwolenników (James Cameron) i zagorzałych przeciwników technologii (Guillermo del Toro).
Amazon MGM Studios właśnie odsłonił karty, prezentując AI Studio – wewnętrzną platformę narzędzi generatywnych, skrojoną na miarę potrzeb profesjonalnych twórców filmowych. W marcu wybrani partnerzy branżowi dostaną do rąk rozwiązania, które według giganta mogą fundamentalnie zmienić ekonomię produkcji. Mówimy o narzędziach, które mają realnie skracać czas pracy, ciąć koszty i pozwalać na realizację scen, które dotąd wymagały budżetów zarezerwowanych dla największych blockbusterów.
Jak działa startup, który ma zmienić Hollywood?
Za sterami AI Studio stoi Albert Cheng, weteran branży i wiceprezes Amazon MGM Studios. Projekt działa niczym wewnętrzny startup, co jest zgodne ze słynną filozofią „zespołu dwóch pizz”, którą Jeff Bezos uczynił jednym z filarów kultury korporacyjnej Amazona. Zespół jest niewielki, ale interdyscyplinarny – składający się głównie z inżynierów i naukowców, których wspierają kreatywni specjaliści. Jednostka ruszyła formalnie w sierpniu ubiegłego roku i właśnie wkracza w fazę testów zewnętrznych.
Cheng w rozmowie z agencją Reutera nie ukrywa, że motywacją jest brutalna rzeczywistość. „Koszty produkcji są tak wysokie, że trudno podejmować ryzyko i tworzyć więcej” – przyznaje. „Wierzymy, że AI może przyspieszyć procesy, ale nie zastąpi ludzkiej kreatywności”. Aby udowodnić, że nie są to puste słowa, Amazon zaprosił do współpracy twórców z najwyższej półki. Wśród nich znaleźli się Robert Stromberg (dwukrotny zdobywca Oscara za scenografię do Avatara i Alicji w Krainie Czarów), Kunal Nayyar (znany z Teorii wielkiego podrywu) oraz Colin Brady, były animator Pixara.
Ich zadanie? Testować narzędzia w bojowych warunkach i wskazywać, gdzie technologia faktycznie pomaga, a gdzie jest tylko marketingową wydmuszką. Cheng używa zgrabnej metafory, mówiąc, że AI Studio ma wypełnić lukę między prostymi aplikacjami a precyzją, której wymaga profesjonalna produkcja. Chodzi o tę słynną „ostatnią milę”, gdzie obecne modele generatywne zawodzą – na przykład przy utrzymaniu spójności wyglądu postaci w różnych ujęciach, co dziś pozostaje piętą achillesową generatywnego wideo.
Kto boi się AI, a kto liczy zyski?
Debata o roli sztucznej inteligencji w kinie stała się jednym z najbardziej zapalnych tematów w Hollywood. Amazon wchodzi na rynek w momencie, gdy środowisko jest głęboko spolaryzowane. Z jednej strony mamy twórców, którzy reagują instynktownym sprzeciwem. Gdy Emily Blunt pokazano wygenerowane przez AI zdjęcie aktorki, jej reakcja – „Dobry Boże, mamy przechlapane” – stała się viralem. Guillermo del Toro poszedł dalej, deklarując, że wolałby umrzeć, niż używać tej technologii. Rian Johnson, twórca serii Na noże, stwierdził krótko, że AI „pogarsza wszystko na każdy możliwy sposób”.
Z drugiej strony barykady stoją pragmatycy. James Cameron, choć podkreśla, że przy Avatarze nie korzysta z AI, zasiada w radzie Stability AI i mówi otwarcie o potrzebie cięcia kosztów efektów specjalnych. Darren Aronofsky przypomina, że kino od zawsze napędzała technologia – od kamer braci Lumière po cyfrowe cuda od Weta Digital. W jego narracji AI to kolejny etap ewolucji, a nie rewolucja wymierzona w artystów. Konkurencja też nie śpi. Netflix już wykorzystuje AI w swoich projektach. W serialu Eternauta scena zawalenia się budynku powstała 10 razy szybciej niż przy użyciu klasycznych metod. W Farciarzu Gilmore 2 technologia posłużyła do odmłodzenia bohaterów. CEO Netflixa, Ted Sarandos, tonuje jednak nastroje: „AI może dać twórcom lepsze narzędzia, ale nie zrobi z nikogo dobrego storytellera”.
Czy Amazon naprawdę chce wspierać artystów?
Cała inicjatywa Amazona ma jednak znacznie mroczniejszy kontekst. Firma prowadzi właśnie największą w swojej historii redukcję zatrudnienia. Od października pracę straciło około 30 tysięcy osób, w tym pracownicy z działu Prime Video. W wewnętrznych komunikatach firma nie owija w bawełnę – rozwój AI jest jednym z powodów zwolnień. „Ta generacja AI jest najbardziej transformacyjną technologią od czasu Internetu” – napisano w jednym z memo. CEO Andy Jassy dodał, że firma „będzie potrzebować mniej ludzi wykonujących niektóre z prac”. Trudno o bardziej dosadny komentarz.
Ekonomia jest bezlitosna. Według raportu Bain & Co. narzędzia generatywne mogą obniżyć koszty produkcji od 5 – 10% w przypadku komedii do nawet 15 – 20% (czyli 30 – 40 mln dolarów) przy blockbusterach science fiction. To liczby, które mogą zdecydować, czy film w ogóle powstanie. I choć analitycy ostrzegają, że większość firm wdrażających AI nie osiąga zwrotu z inwestycji, presja na cięcie kosztów jest ogromna. Ostatecznie jednak o wszystkim zdecydują widzowie. A ci wydają się coraz bardziej wyczuleni na syntetyczne, pozbawione duszy treści. I tego problemu Amazon – przynajmniej na razie – jeszcze nie rozwiązał.