OpenAI pochwaliło się, że GPT‑5 rozwiązał nierozwiązywalne problemy matematyczne. Prawda okazała się kompromitująca, a konkurenci z Google i Mety nie szczędzili słów.
W skrócie:
- OpenAI ogłosiło, że GPT‑5 znalazł rozwiązania dla dziesięciu nierozwiązanych problemów matematycznych Paula Erdősa, po czym wiceprezes firmy usunął wpis.
- Matematyk Thomas Bloom sprostował, że problemy miały już rozwiązania w literaturze naukowej, a model AI jedynie je odnalazł, czego on sam wcześniej nie zrobił.
- Szef AI w Mecie, Yann LeCun, oraz CEO Google DeepMind, Demis Hassabis, publicznie skrytykowali OpenAI, określając całą sytuację jako „żenującą”.
Bywają takie dni w Dolinie Krzemowej, kiedy marketingowa tuba gra tak głośno, że zagłusza zdrowy rozsądek. Tym razem fałszywy ton wybrzmiał w siedzibie OpenAI, firmy, która przyzwyczaiła nas do przełomów, a nie potknięć. Wszystko zaczęło się od tweeta – a jakże – który miał wstrząsnąć światem nauki. Kevin Weil, wiceprezes OpenAI, z dumą ogłosił, że najnowsze dziecko firmy, GPT‑5, dokonało niemożliwego. Model miał rzekomo znaleźć rozwiązania dla dziesięciu problemów Erdősa, czyli słynnych matematycznych zagadek, które przez lata pozostawały „otwarte”.
Przez chwilę świat wstrzymał oddech. Czy to ten moment, w którym AI przestaje być tylko narzędziem, a staje się prawdziwym partnerem w naukowych odkryciach? Zanim jednak szampany zdążyły wystrzelić, na scenę wkroczył ktoś, kto postanowił sprawdzić rachunki. I okazało się, że cyfry w bilansie OpenAI kompletnie się nie zgadzają.
Jak internetowa euforia zamieniła się w kompromitację?
Wiadomość rozeszła się błyskawicznie. Portale technologiczne podchwyciły temat, a entuzjaści AI już ogłaszali nową erę. „GPT‑5 znalazł rozwiązania dla 10 (!) wcześniej nierozwiązanych problemów Erdősa i poczynił postępy w 11 innych” – pisał Weil w usuniętym już wpisie. Problemy Erdősa, nazwane na cześć legendarnego węgierskiego matematyka Paula Erdősa, to zbiór otwartych zagadnień z teorii grafów, teorii liczb czy kombinatoryki. Ich rozwiązanie byłoby faktycznie kamieniem milowym. Byłoby, gdyby było prawdą.
Problem w tym, że cała narracja opierała się na kruchym fundamencie – liście problemów prowadzonej przez matematyka Thomasa Blooma. I to właśnie on, niczym niezapowiedziany audytor, postanowił publicznie zweryfikować rewelacje OpenAI. Jego odpowiedź była krótka, merytoryczna i dla firmy Sama Altmana po prostu druzgocąca.
Głos rozsądku, czyli zimny prysznic od matematyka
Thomas Bloom, który prowadzi stronę Erdos Problems, wyjaśnił, że post Weila to „dramatyczna nadinterpretacja”. Owszem, problemy figurowały na jego stronie jako „otwarte”, ale jak tłumaczył, oznaczało to jedynie tyle, że „on osobiście nie jest świadomy istnienia publikacji, która je rozwiązuje”. Innymi słowy, GPT‑5 nie wymyślił niczego nowego. Po prostu okazał się na tyle sprawną wyszukiwarką, że odnalazł w gąszczu literatury naukowej istniejące już prace, o których nie wiedział autor strony. To wciąż imponujące, ale to zupełnie inna kategoria osiągnięcia.
Jeden z badaczy OpenAI, Sebastien Bubeck, próbował ratować sytuację. Przyznał, że „znaleziono jedynie rozwiązania istniejące w literaturze”, ale dodał, że to i tak sukces. „Wiem, jak trudno jest przeszukiwać literaturę” – stwierdził. To argument, który w świecie nauki brzmi, delikatnie mówiąc, mało przekonująco. To tak, jakby ktoś chwalił się napisaniem encyklopedii, podczas gdy w rzeczywistości po prostu dobrze złożył w całość istniejące już hasła z Wikipedii.
„Żenujące” – dlaczego konkurenci nie mieli litości?
Na reakcję branżowych rywali nie trzeba było długo czekać. Byli bezlitośni. Demis Hassabis, szef Google DeepMind, skwitował sprawę jednym słowem: „żenujące”. Jeszcze dalej posunął się Yann LeCun, główny naukowiec ds. AI w Meta i jeden z ojców chrzestnych głębokiego uczenia. W swoim stylu, nie przebierając w słowach, napisał: “Hoisted by their own GPTards”. To zjadliwa parafraza szekspirowskiego zwrotu, którą można przetłumaczyć jako: „Sami się załatwili swoimi fanatykami GPT”.
Trudno o bardziej bolesną szpilę. LeCun od dawna krytykuje OpenAI za – jego zdaniem – budowanie marketingowej bańki i przypisywanie swoim modelom niemal magicznych właściwości. Ta wpadka stała się dla niego koronnym dowodem na to, że w pędzie po kolejne nagłówki firma zapomina o naukowej rzetelności. Incydent nie jest bowiem tylko drobnym potknięciem w komunikacji. To symptom szerszego zjawiska – kultury, w której presja na ogłaszanie przełomów jest tak duża, że czasem zapomina się o podstawowej weryfikacji faktów. Tym razem rzeczywistość upomniała się o swoje. I zrobiła to w wyjątkowo bolesny dla OpenAI sposób.