Startup Upscale AI, warty 2 mld $, negocjuje kolejne 200 mln finansowania. Firma ma 7 miesięcy, nie ma produktu, ale zebrała już 300 mln. Stawia na czipy AI.
W skrócie:
- Upscale AI, firma bez gotowego produktu, prowadzi rozmowy o rundzie finansowania w wysokości 180 – 200 mln dolarów, która ma podnieść jej wycenę do 2 miliardów.
- W ciągu zaledwie siedmiu miesięcy od startu startup zebrał już dwie rundy na łączną kwotę 300 milionów dolarów od inwestorów takich jak Tiger Global Management.
- Firma koncentruje się na budowie niestandardowych układów scalonych do AI oraz infrastruktury opartej na otwartych standardach, co ma być jej przewagą konkurencyjną.
W Dolinie Krzemowej pieniądze płyną szybciej niż woda w kalifornijskich akweduktach, ale historia Upscale AI to materiał na osobny rozdział w podręczniku o inwestycyjnym szaleństwie. Bloomberg donosi, że startup, który wystartował zaledwie siedem miesięcy temu, jest w trakcie negocjacji trzeciej rundy finansowania. Na stół ma trafić od 180 do 200 milionów dolarów, co wywindowałoby wycenę firmy do absurdalnego poziomu dwóch miliardów dolarów. Jest tylko jeden, malutki szczegół. Upscale AI nie ma jeszcze żadnego produktu.
Jak zbudować firmę wartą 2 miliardy dolarów w 7 miesięcy?
Tempo, w jakim Upscale AI pozyskuje kapitał, jest zawrotne nawet jak na standardy branży technologicznej. Firma oficjalnie rozpoczęła działalność we wrześniu, od razu zabezpieczając rundę zalążkową (seed) w wysokości 100 milionów dolarów. Zanim kurz opadł, w styczniu ogłosiła Serię A, która przyniosła jej kolejne 200 milionów. Jeśli obecne negocjacje zakończą się sukcesem, na koncie startupu wyląduje łącznie pół miliarda dolarów. To wszystko w niewiele ponad pół roku. To nie jest po prostu szybki wzrost – to finansowa hiperprędkość.
Za tym strumieniem gotówki stoją potężni gracze. Wśród inwestorów, którzy uwierzyli w wizję – bo na razie tylko o niej można mówić – znajdują się takie fundusze jak Tiger Global Management, Xora Innovation oraz Premji Invest. To pokazuje, że apetyt na ryzyko w sektorze AI osiągnął zenit. Inwestorzy nie kupują już działających modeli biznesowych ani sprawdzonych technologii. Kupują obietnicę, bilet na loterię, w której główną wygraną jest stworzenie kolejnego hegemona na miarę Nvidii.
W co tak naprawdę wierzą inwestorzy?
Upscale AI nie zamierza konkurować z OpenAI czy Google na polu modeli językowych. Zamiast tego celuje w fundamenty – w infrastrukturę. Plan zakłada stworzenie pełnego stosu technologicznego (full-stack solution), który obejmuje zarówno niestandardowe, autorskie czipy, jak i oprogramowanie pozwalające im efektywnie się komunikować. Mówiąc prościej, firma chce zbudować od zera cały ekosystem sprzętowo-programowy zoptymalizowany pod kątem sztucznej inteligencji.
Kluczowym elementem tej układanki mają być otwarte standardy. To sprytne posunięcie, które może przyciągnąć klientów zmęczonych zamkniętym i kosztownym ekosystemem Nvidii. Obietnica elastyczności i braku uzależnienia od jednego dostawcy to potężna karta przetargowa. Inwestorzy nie obstawiają więc kolejnej aplikacji AI, która za rok może okazać się niepotrzebna. Stawiają na łopaty i kilofy w nowej gorączce złota. A historia uczy, że to właśnie na nich zarabia się najpewniej.
Czy to szaleństwo ma jakieś granice?
Historia Upscale AI jest modelowym przykładem tego, co dzieje się obecnie na rynku. To scenariusz rodem z podręcznika dla startupów w erze AI: rośnij szybko, a wyceny niech rosną jeszcze szybciej. Nadzieja na znalezienie “następnej wielkiej rzeczy” wyprzedza wszystko inne – logikę, przychody, a nawet gotowe produkty. Każdy fundusz venture capital boi się jednego: że przegapi kolejną rewolucję.
Pomimo tego, rośnie presja. Z każdym pozyskanym milionem dolarów zegar tyka głośniej, a oczekiwania rosną. Upscale AI musi w końcu coś pokazać. Coś namacalnego, co udowodni, że za miliardową wyceną kryje się coś więcej niż tylko przekonująca prezentacja w PowerPoincie i charyzmatyczny zespół założycielski. Rynek jest rozgrzany, ale nie jest nieskończenie cierpliwy. Na razie jednak spektakl trwa, a pieniądze płyną. Pytanie brzmi, nie *czy*, ale *kiedy* któraś z tych rakiet nośnych napędzanych czystą nadzieją w końcu eksploduje na stanowisku startowym.