OpenAI wchodzi na rynek z ChatGPT Atlas – przeglądarką, która ma zrewolucjonizować internet. Jednak pierwsi testerzy studzą entuzjazm. Czy to realna zmiana?
W skrócie:
- OpenAI wypuściło ChatGPT Atlas, przeglądarkę internetową z AI, która ma automatyzować zadania użytkowników, takie jak zakupy online czy wyszukiwanie informacji.
- Pierwsi testerzy, w tym dziennikarze TechCrunch, oceniają jej efektywność jako “w najlepszym razie niewielką” i kwestionują realną przydatność dla zwykłego użytkownika.
- Pojawiają się obawy o przyszłość “otwartego internetu” i model biznesowy, pomimo że gigantyczne fundusze OpenAI pozwalają firmie ignorować problem monetyzacji.
Wydawało się, że wojny przeglądarek mamy już za sobą. Na placu boju zostali giganci, których pozycja wydawała się niezagrożona. Aż tu nagle, bez wielkich fanfar, na scenę wkracza OpenAI ze swoim ChatGPT Atlas. To nie jest po prostu kolejna nakładka na Chromium. To obietnica rewolucji, w której to sztuczna inteligencja przegląda sieć za nas. Tylko czy ktoś o taką rewolucję prosił? Dziennikarze technologiczni, którzy mieli okazję sprawdzić Atlas w akcji – między innymi podczas podcastu Equity serwisu TechCrunch – mają poważne wątpliwości. I nie są to wątpliwości błahe.
Jak działa ChatGPT Atlas i dlaczego nikt nie spieszy się z przesiadką?
Wyobraź sobie, że zamiast klikać w linki, wypełniać formularze i porównywać produkty, po prostu piszesz polecenie: “Znajdź mi przepis na wegańską lasagne i dodaj wszystkie składniki do koszyka w sklepie internetowym”. AI bierze się do pracy, a ty obserwujesz, jak kursor sam porusza się po ekranie. To wizja tak zwanego agentic web – internetu obsługiwanego przez autonomicznych agentów. Brzmi jak science fiction, ale właśnie to oferuje Atlas. Problem w tym, że rzeczywistość jest znacznie mniej ekscytująca. Max Zeff z TechCrunch, który testował nowość, podsumował swoje wrażenia dość brutalnie. W jego ocenie zysk wydajności jest “w najlepszym razie niewielki”. Zamiast magicznego doświadczenia, użytkownik często dostaje powolny spektakl, w którym “obserwuje, jak agent klika po stronie internetowej”.
Co więcej, przykłady użycia podawane przez entuzjastów technologii – jak wspomniane zakupy spożywcze na podstawie przepisu – budzą sceptycyzm. “Nie wiem, czy ludzie naprawdę tak często to robią” – kwituje Zeff, wskazując na ogromną przepaść między wizją marketingową a realnymi potrzebami użytkowników. Sean O’Kane, inny uczestnik dyskusji, przyznaje, że wciąż trzyma się starych metod, takich jak zaawansowane wyszukiwanie z operatorami logicznymi w Google, bo dla profesjonalisty są one po prostu skuteczniejsze. Na razie Atlas wydaje się więc rozwiązaniem problemu, którego większość ludzi nie ma. A do tego dochodzą znaczące ryzyka związane z bezpieczeństwem, bo przecież dajemy AI dostęp do naszych danych i kont.
Cmentarzysko przeglądarek czy plac zabaw dla miliarderów?
Historia technologii pełna jest ambitnych projektów przeglądarek, które poległy w starciu z rynkiem. Dlaczego? Bo na samej przeglądarce zarobić jest niezwykle trudno. To produkt, który użytkownicy oczekują za darmo, a jego rozwój i utrzymanie kosztują fortunę. Jak zauważa Sean O’Kane, większość firm, które próbowały konkurować z Chrome, Safari czy Firefoksem, po prostu nie była w stanie utrzymać się finansowo. To cmentarzysko pomysłów, na którym pogrzebano już niejedną innowację.
Jednak OpenAI gra w zupełnie innej lidze. Za firmą stoją gigantyczne pieniądze od Microsoftu i rzesza inwestorów, którzy nie oczekują zwrotu w przyszłym kwartale. “Wreszcie mamy firmy, które mają po prostu nieskończone pieniądze, więc mogą to ciągnąć tak długo, jak chcą” – mówi O’Kane. Dla OpenAI przeglądarka nie musi być produktem rentownym. To strategiczne narzędzie do przejęcia kontroli nad punktem styku użytkownika z internetem. To inwestycja w przyszłość, w której to nie strona internetowa, a interfejs AI będzie bramą do cyfrowego świata. Firma może sobie pozwolić na to, by przez lata dopracowywać Atlas, nie martwiąc się o przychody.
Czy to pożegnanie z otwartym internetem?
Być może najważniejsze pytanie nie dotyczy jednak funkcjonalności czy modelu biznesowego, ale przyszłości samej sieci. Anthony Ha, kolejny z redaktorów TechCrunch, stawia niepokojącą tezę: jeśli przeglądarki AI zdobędą popularność, co to oznacza dla idei otwartego internetu? Obecnie sieć to zbiór połączonych ze sobą stron, które odwiedzamy. W świecie agentów AI strona internetowa może stać się jedynie źródłem danych dla chatbota. Użytkownik nie będzie musiał jej nawet odwiedzać – całą interakcję przejmie interfejs, który streści treść, wyciągnie potrzebne informacje i wykona za nas akcję.
Taka zmiana paradygmatu miałaby fundamentalne konsekwencje. Dla twórców treści, sklepów internetowych i całego ekosystemu opartego na ruchu i reklamach byłaby to rewolucja – a może raczej apokalipsa. Strona internetowa jako taka “będzie stawała się coraz mniej ważna”. To wizja, w której internet staje się niewidzialną warstwą danych, a dostęp do niej jest w pełni kontrolowany przez kilka potężnych firm technologicznych. ChatGPT Atlas może być pierwszym, nieśmiałym krokiem w tym kierunku. I choć dziś wygląda bardziej jak ciekawy eksperyment niż realne zagrożenie, to właśnie takie eksperymenty najczęściej wyznaczają kierunek, w którym podąża cała branża. Być może za kilka lat z rozrzewnieniem będziemy wspominać czasy, gdy sami “klikaliśmy po stronach”.