Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Sora od OpenAI to hit. Eksperci grzmią: “To antyspołecznościowy nihilizm”

Nowa aplikacja wideo Sora od OpenAI bije rekordy popularności. Czy to rewolucja na miarę TikToka? Eksperci są sceptyczni i mówią wprost: to antyspołecznościowe.

W skrócie:

  • Aplikacja Sora od OpenAI, oparta na modelu Sora 2, przekroczyła milion pobrań w pierwszym tygodniu, umożliwiając tworzenie wideo z promptów tekstowych.
  • Eksperci, jak Rudy Fraser, nazywają ją “antyspołecznościową i nihilistyczną”, ponieważ stawia na sztuczną kreację zamiast na autentyczne ludzkie interakcje.
  • Sam Altman, CEO OpenAI, przyznaje, że technologia może prowadzić do “zoptymalizowanej pod uczenie wzmacniające papki”, pogłębiając kryzys autentyczności w internecie.

Wyobraź sobie dowolny scenariusz. Freddy Krueger w “Tańcu z Gwiazdami”. Mr. Rogers uczący Tupaca słów do legendarnego dissu “Hit Em Up”. Wpisujesz prompt i po chwili oglądasz. Tak działa Sora, nowa aplikacja wideo od OpenAI, która w pierwszym tygodniu zdobyła ponad milion użytkowników. Na pierwszy rzut oka to narzędzie o nieograniczonym potencjale kreatywnym. Ale tylko na pierwszy. Bo im głębiej wejdziemy w ten świat, tym wyraźniej zobaczymy, że Sora nie tworzy nowej ery social mediów. Ona reanimuje naszą obecną – pełną iluzji, pogoni za atencją i coraz bardziej pozbawioną ludzi.

Jak działa uzależnienie w wersji OpenAI?

Mechanizm jest prosty i diabelnie skuteczny. Dziesięciosekundowe klipy, nieskończone przewijanie. Użytkownik tworzy cyfrową podobiznę siebie, a następnie generuje treści (zwane “cameo”) za pomocą poleceń tekstowych. Nie można tu wrzucić własnych zdjęć czy filmów z rolki aparatu. Wszystko musi powstać wewnątrz aplikacji, jako produkt wyobraźni – lub raczej zdolności do formułowania precyzyjnych promptów. Jak zauważa Marlon Twyman, analityk sieci społecznych z USC Annenberg, Sora “nie jest już o ludziach”. I to jest kluczowa różnica między nią a Vine’em czy wczesnym TikTokiem. W tamtych platformach, u zarania ich popularności, liczył się człowiek i jego autentyczna (lub dobrze udawana) ekspresja. Tutaj liczy się tylko wygenerowany obraz.

Rudy Fraser, twórca usługi Blacksky, idzie o krok dalej. Nazywa Sorę i podobne jej aplikacje “z natury antyspołecznościowymi i nihilistycznymi”. Jego zdaniem twórcy takich narzędzi “zrezygnowali z pielęgnowania prawdziwych ludzkich więzi i chcą zarabiać na dostarczaniu ludziom sztucznych połączeń i sfabrykowanej dopaminy”. To mocne słowa, ale trudno odmówić im słuszności, gdy przyjrzymy się trajektorii rozwoju mediów społecznościowych. Algorytmy, które miały nas łączyć, pogłębiły społeczną izolację. A teraz ci sami architekci cyfrowego świata proponują nam lekarstwo – boty i syntetyczne światy, które mają tę izolację wypełnić.

Czy ktoś w ogóle prosił o łosia w spa?

W internecie błyskawicznie pojawiły się głosy, że Sora jest kolejnym przykładem technologii, która tworzy podaż tam, gdzie nie ma popytu. Komik Matt Buechele ujął to celnie na Instagramie: “Jaki problem tu rozwiązujemy? Mówią: ‘Możesz wypróbować nową aplikację. Możesz sprawić, by łoś miał dzień w spa’. Ja nie potrzebuję sprawiać, by łoś miał dzień w spa. A rak wciąż istnieje”. To trafna i nieco gorzka diagnoza. W kulturze start-upowej często zapomina się o podstawowym pytaniu: “po co?”. Sora wydaje się być odpowiedzią na pytanie, którego nikt nie zadał, a jednocześnie idealnie wpisuje się w obecny krajobraz. Jesteśmy kulturą uzależnioną od optymalizacji, ekspozycji i estetyki, która przykrywa brak treści.

Dawniej media społecznościowe opierały się na oryginalnym, autentycznym głosie. YouTuberzy, aktywiści, influencerzy – budowali swoje zasięgi na osobowości i prawdzie. To oni definiowali nastroje kulturowe, od Arabskiej Wiosny po #MeToo. Sora całkowicie eliminuje potrzebę tego rodzaju autentyczności. Sugeruje, że oryginalny kod źródłowy social mediów – twój głos, twoje przeżycia, twoja perspektywa – nie ma już żadnej wartości. Liczy się tylko spektakl. Rozrywka albo dezinformacja. Dwie strony tej samej, syntetycznej monety.

Co zamiast TikToka? Stos medialny i nasza naiwność

Czy Sora jest zatem gwoździem do trumny mediów społecznościowych? Niekoniecznie. Jeff Hancock, dyrektor Stanford’s Social Media Lab, studzi emocje. Jego zdaniem “generowane przez AI wyimaginowane przestrzenie nie zastąpią tradycyjnych mediów społecznościowych, po prostu zostaną dodane do stosu medialnego”. Wciąż uwielbiamy podglądać prawdziwych ludzi, co widać po niesłabnącej popularności reality TV. Sora tego nie oferuje. Jest bardziej jak kino niż wiadomości – idziemy tam, bo wiemy, że to fikcja. Problem zaczyna się, gdy granice się zacierają.

“Pomysł, że treści stworzone w Sorze pozostaną w Sorze (…) jest dziwnie naiwny” – dodaje Hancock. I to jest być może największe zagrożenie. Prawdziwym testem dla Sory będzie to, na ile zapragniemy żyć w zbiorowej, zniekształconej wyobraźni zamiast we wspólnej rzeczywistości. CEO OpenAI, Sam Altman, zdaje sobie sprawę z ryzyka. Mówi o potencjalnej “kambryjskiej eksplozji” kreatywności, ale jednocześnie ostrzega przed wciągnięciem nas wszystkich w “zoptymalizowaną pod uczenie wzmacniające papkę”. Sora, próbując na nowo zdefiniować “społeczność”, kompletnie nie rozumie jej istoty. Bo w społeczności nigdy nie chodziło o perfekcyjny obrazek, ale o człowieka, który za nim stoi. Nawet jeśli nie jest idealny.