Sztuczna inteligencja zachwyca, ale czy na długo? Teoria “enshittification” Cory’ego Doctorowa ostrzega, że AI może celowo stać się gorsza, by wycisnąć z nas kasę.
W skrócie:
- Cory Doctorow, znany pisarz i aktywista, opisuje proces “enshittification” jako nieuchronny los platform technologicznych, które z czasem stają się coraz gorsze dla użytkowników.
- Teoria zakłada, że platformy najpierw przyciągają użytkowników jakością, by następnie poświęcić ich interes na rzecz zysków, co prowadzi do systematycznego pogarszania usług.
- Eksperci, w tym dziennikarz WIRED Steven Levy, zastanawiają się, czy potężne modele AI, jak GPT‑5, unikną tej pułapki i nie staną się narzędziami do maksymalizacji zysku.
Wyobraź sobie, że prosisz chatbota o polecenie restauracji w Rzymie. W odpowiedzi dostajesz nie tylko nazwę, ale perfekcyjnie uzasadniony wybór – lokalny klejnot, chwalony przez krytyków i mieszkańców, idealnie trafiający w twój gust. To nie science fiction, a autentyczne doświadczenie Stevena Levy’ego z WIRED, który testował możliwości GPT‑5. Sztuczna inteligencja jest dziś w swojej magicznej fazie – pomocna, kreatywna i zdumiewająco skuteczna. Ale za rogiem czai się widmo, które zniszczyło już media społecznościowe, wyszukiwarki i platformy e‑commerce. Nazywa się enshittification.
To dosadne, trudne do przetłumaczenia słowo (można próbować z “ugównieniem” lub “gównifikacją”) wprowadził do debaty publicznej pisarz i aktywista Cory Doctorow. Jego teoria, choć brutalnie prosta, tłumaczy cykl życia niemal każdej platformy cyfrowej, z której korzystamy. I niestety, wszystko wskazuje na to, że sztuczna inteligencja nie jest na ten proces odporna. Wręcz przeciwnie, może przejść go w rekordowym tempie.
Jak działa „enshittification”? Prosta teoria upadku gigantów
Proces opisany przez Doctorowa składa się z trzech etapów. Najpierw platforma robi wszystko, by zadowolić użytkowników. Oferuje świetną usługę, często za darmo lub po zaniżonej cenie, by zbudować masę krytyczną. To etap, na którym Facebook pozwalał ci widzieć posty znajomych, a Amazon oferował tanie produkty z szybką wysyłką. Celem jest uzależnienie nas od wygody i jakości.
Gdy użytkownicy są już na pokładzie, zaczyna się etap drugi. Platforma stopniowo pogarsza usługę dla użytkowników, by zrobić miejsce dla klientów biznesowych. Facebook ogranicza zasięgi organiczne, zmuszając firmy do płacenia za reklamy. Amazon zamienia wyniki wyszukiwania w tablicę ogłoszeń dla sponsorowanych, często gorszych produktów. My, użytkownicy, jesteśmy już zbyt przyzwyczajeni, by odejść.
Na końcu nadchodzi etap trzeci i ostatni. Platforma, mając w garści zarówno użytkowników, jak i biznes, zaczyna wyciskać wartość z tych drugich. Podnosi ceny reklam, wprowadza nowe opłaty, zbiera coraz więcej danych. Jakość usługi leci na łeb na szyję, ale monopolista może sobie na to pozwolić. Platforma staje się wydmuszką, która służy już tylko samej sobie i swoim akcjonariuszom. Brzmi znajomo?
AI na rozdrożu: Służyć ludziom czy akcjonariuszom?
Sztuczna inteligencja znajduje się obecnie w pierwszym, idyllicznym etapie. Firmy takie jak OpenAI, Google czy Anthropic prześcigają się w dostarczaniu coraz potężniejszych i bardziej użytecznych modeli. Robią to, ponieważ muszą zdobyć rynek i przekonać nas, że ich technologia jest niezbędna. Ten wyścig zbrojeń jest jednak piekielnie drogi. Koszty treningu i utrzymania czołowych modeli AI liczy się w miliardach dolarów, a presja inwestorów na zwrot z inwestycji rośnie z każdym kwartałem. To właśnie ta presja jest silnikiem napędowym “enshittification”.
Jak ujął to jeden z komentatorów pod artykułem Levy’ego, istnieje obawa, że AI przeskoczy fazę użyteczności i przejdzie “prosto do zgównienia, bez okresu pośredniego”. Trudno się dziwić temu pesymizmowi. Kiedy usługa jest tak kosztowna, pokusa, by zacząć ją monetyzować w sposób szkodliwy dla użytkownika, jest ogromna. To nie jest kwestia złej woli deweloperów, lecz brutalnej logiki rynkowej.
Jak mogłoby wyglądać „zgównienie” sztucznej inteligencji?
Scenariusze są aż nazbyt łatwe do wyobrażenia. Twoja ulubiona aplikacja do generowania obrazów zaczyna nagle dodawać do każdego dzieła natrętny znak wodny, chyba że zapłacisz za droższą subskrypcję. Chatbot, zamiast polecić najlepszą restaurację, podsuwa ci tę, która zapłaciła za wyższą pozycję w jego algorytmie. To byłby koniec ery obiektywnych, użytecznych odpowiedzi, a początek ery AI jako narzędzia reklamowego.
Możemy też spodziewać się degradacji darmowych wersji. Modele staną się wolniejsze, mniej dokładne i będą częściej odmawiać odpowiedzi, by skłonić nas do przejścia na płatny plan. Wyszukiwarki napędzane AI mogą zacząć faworyzować własne usługi lub partnerów biznesowych, spychając na dalszy plan bardziej relewantne wyniki. Walka o duszę sztucznej inteligencji toczy się właśnie teraz. To, czy pozostanie ona narzędziem wzmacniającym ludzkie możliwości, czy stanie się kolejnym kanałem do serwowania nam reklam i wyciągania pieniędzy, zależy od wyborów, które firmy technologiczne podejmą w najbliższych miesiącach. Historia uczy, że bez silnej regulacji i świadomości użytkowników, droga jest tylko jedna. I niestety, nie prowadzi ona do wspaniałej restauracji w Rzymie.