Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Gigant z OpenAI policzył, kogo zastąpi AI. Gdy zobaczył panikę, nazwał to “eksperymentem”

Współzałożyciel OpenAI opublikował listę zawodów zagrożonych przez AI. Wykres wywołał panikę, a autor szybko go usunął, nazywając go “eksperymentem”.

W skrócie:

  • Andrej Karpathy, współtwórca OpenAI, udostępnił wykres oceniający podatność zawodów na automatyzację, przypisując najwyższe ryzyko programistom i analitykom.
  • Publikacja wywołała burzę w internecie, w reakcji na którą Karpathy usunął analizę, tłumacząc, że był to tylko „dwugodzinny eksperyment”, a nie poważna prognoza.
  • Wykres pokazał, że najlepiej opłacane zawody są bardziej narażone na AI (średnia 6,7/10) niż te z niskimi zarobkami (3,4/10), odwracając potoczne myślenie.

Wielkie umysły Doliny Krzemowej najwyraźniej uznały, że oprócz tworzenia technologii, która zmienia świat, mają też misję informowania nas, kto w tym nowym świecie straci pracę. Do Sama Altmana i Marka Zuckerberga dołączył właśnie Andrej Karpathy – współzałożyciel OpenAI i jedna z kluczowych postaci rewolucji AI. Tyle że jego proroctwo miało żywotność weekendowego wpisu na blogu. Zniknęło z sieci niemal tak szybko, jak się pojawiło, zostawiając po sobie falę paniki i sporo pytań.

Jak rozpętać burzę w dwie godziny?

Wszystko zaczęło się od niewinnego, interaktywnego wykresu. Karpathy postanowił zwizualizować „ekspozycję” różnych zawodów na wpływ sztucznej inteligencji. Wziął na warsztat dane amerykańskiego Biura Statystyki Pracy, a następnie poprosił model językowy o ocenę każdej profesji w skali od 0 do 10. Dziesiątka oznaczała, że twoje stanowisko jest w zasadzie cyfrowym awatarem, który tylko czeka na podmiankę. Wnioski, na pierwszy rzut oka, potwierdzały to, co branża tech szepcze od dawna.

Na szczycie listy – z wynikami sięgającymi 9 punktów – wylądowały zawody, które kiedyś wydawały się bezpieczną przystanią. Mówimy tu o programistach, analitykach danych, księgowych, specjalistach od marketingu i szeroko pojętych twórcach treści. Innymi słowy, cała armia „białych kołnierzyków”, których praca polega na operowaniu danymi i informacją. Według modelu, to właśnie oni są najbardziej „cyfrowi”, a co za tym idzie – najłatwiejsi do zautomatyzowania. A więc to pracownicy korporacji pójdą na pierwszy ogień? Wygląda na to, że tak.

Po drugiej stronie barykady znaleźli się ci, którzy na co dzień używają rąk, a nie tylko klawiatury. Pracownicy budowlani, elektrycy, fryzjerzy, barmani czy personel sprzątający otrzymali noty w okolicach 1 lub 2 punktów. Morał jest prosty: im więcej pracy fizycznej i bezpośredniego kontaktu z człowiekiem, tym mniejsza szansa, że zastąpi cię algorytm. Przynajmniej na razie. Co ciekawe, analiza Karpathy’ego wywróciła do góry nogami jeszcze jedno przekonanie. Okazało się, że zawody najlepiej opłacane (powyżej 100 tys. dolarów rocznie) mają średnią „ekspozycję” na poziomie 6,7, podczas gdy te najniżej wynagradzane – zaledwie 3,4. Automatyzacja nie uderzy więc w najprostsze prace, ale w te, które do tej pory były synonimem stabilności i wysokich zarobków.

Chowajcie laptopy, idą roboty? Nie tak szybko

Problem w tym, że autor sam przestraszył się własnych wniosków. A może raczej reakcji, jaką wywołały. Wykres zaczął żyć własnym życiem. Sieć zalały interpretacje o „końcu pracy umysłowej” i nieuchronnej apokalipsie na rynku pracy. To właśnie ta panika – jak tłumaczył później Karpathy – skłoniła go do wciśnięcia przycisku „usuń”. W serii wpisów, które również zniknęły, wyjaśnił, że cała analiza była jedynie „dwugodzinnym eksperymentem z vibe codingiem”, na który wpadł podczas czytania książki.

Podkreślił też coś kluczowego: jego wskaźnik mierzył wyłącznie stopień cyfryzacji zawodu. Nie uwzględniał fundamentalnych czynników ekonomicznych, takich jak popyt na daną usługę, koszty wdrożenia technologii czy społeczne bariery adaptacji. To, że coś da się teoretycznie zautomatyzować, nie oznacza, że komukolwiek będzie się to opłacało. Mimo tych zastrzeżeń, mleko się rozlało. A że w internecie nic nie ginie, zarchiwizowaną wersję wykresu wciąż można znaleźć.

Dlaczego ten „eksperyment” mimo wszystko ma znaczenie?

Czy całą sprawę można zbyć jako ciekawostkę i efekt nudy jednego z geniuszy AI? Nie do końca. Wnioski Karpathy’ego, nawet jeśli przedstawione w formie luźnego eksperymentu, są bowiem zbieżne z poważniejszymi analizami. Niedawny raport firmy Anthropic, konkurenta OpenAI, również wskazywał, że największą „teoretyczną ekspozycję” na AI mają finanse, prawo, administracja i informatyka. Jednocześnie badacze podkreślają, że realne wdrożenia AI wciąż są dalekie od jej maksymalnych możliwości. Firmy wykorzystują ułamek potencjału, automatyzując jedynie część zadań.

Na całą tę dyskusję warto nałożyć jeszcze jeden filtr – korporacyjnej narracji. Część ekspertów wskazuje, że technogiganci mogą używać widma AI jako wygodnego uzasadnienia dla zwolnień, które i tak były nieuniknione po okresie pandemicznego przeinwestowania. W końcu łatwiej jest powiedzieć pracownikom, że ich praca stała się zbędna z powodu nieuchronnego postępu, niż przyznać wprost: „przepraszamy, pomyliliśmy się w naszych Excelach”. Historia Karpathy’ego to więc nie tylko opowieść o jednym wykresie, ale też o odpowiedzialności, jaką ponoszą twórcy technologii za kształtowanie publicznej wyobraźni. I paniki.