Badacze z Uniwersytetu w Amsterdamie zbudowali prostą sieć społecznościową bez reklam, algorytmów i ludzkich użytkowników. Zamiast tego wrzucili na nią 500 botów AI z nadanymi „osobowościami” i poglądami politycznymi. Efekt? Podziały, skrajności, kilku dominujących „liderów opinii” – niemal idealne odwzorowanie patologii znanych z Facebooka czy X. I to mimo braku algorytmu, który miałby wszystko psuć.
W skrócie
- W eksperymencie wzięło udział 500 chatbotów opartych na GPT-4o mini, Llama‑3.2 – 8B i DeepSeek-R1.
- Każdy bot miał przypisaną tożsamość z realnymi cechami i poglądami politycznymi.
- Bez algorytmów i reklam powstały echo chambers i dominacja kilku „influencerów”.
- Skrajne posty zdobywały najwięcej obserwujących i udostępnień.
- Test 6 metod ograniczenia polaryzacji zakończył się porażką – poprawa była minimalna.
Jak wyglądał eksperyment?
Badacze Petter Törnberg i Maik Larooij zaprosili na wirtualny portal 500 botów zbudowanych w oparciu o różne modele językowe. Każdy otrzymał profil oparty na danych z American National Election Studies: wiek, płeć, wykształcenie, dochody, religię i ideologię.
Sieć była czysta jak łza: brak algorytmu rekomendacji, brak reklam, brak sugerowanych treści. Boty mogły jedynie publikować, obserwować i udostępniać.
Efekt: powtórka z Facebooka
W pięciu turach eksperymentu (łącznie 10 tys. interakcji każda) chatboty niemal natychmiast podzieliły się na polityczne plemiona. Wzajemnie się obserwowały, a najbardziej skrajne treści zdobywały największy zasięg. Szybko wyłoniła się też niewielka grupa dominujących kont – klasyczni „influencerzy” znani z realnych mediów społecznościowych.
Co z próbami naprawy?
Naukowcy sprawdzili sześć interwencji, m.in. ukrywanie liczby obserwujących, pokazywanie treści chronologicznie, tłumienie wiralowych postów czy promowanie poglądów przeciwnych. Żadna nie rozwiązała problemu.
W jednym przypadku – gdy ukryto opisy profili – polaryzacja nawet się pogłębiła, a ekstremalne wpisy stały się jeszcze bardziej popularne.
Wniosek: to nie tylko wina algorytmów
Autorzy podsumowują, że źródło toksyczności może tkwić w samej strukturze mediów społecznościowych – sieciach, które rosną dzięki emocjonalnie naładowanemu dzieleniu się treściami. Innymi słowy: nawet gdy zabierzemy algorytm, architektura platformy nadal potrafi zamienić dyskusję w plemienną wojnę.
