W San Francisco odbyły się protesty przeciwko AI. Kierowcy Ubera i aktywiści oskarżają technologię o zaniżanie płac oraz realne zagrożenie dla istnienia ludzkości.
W skrócie:
- Kierowcy Ubera i Lyft zrzeszeni w Gig Workers Union protestowali przeciwko algorytmom płacowym, które według nich drastycznie zaniżają zarobki i ograniczają dostęp do zleceń.
- Grupa Stop AI ostrzegała przed egzystencjalnym zagrożeniem. Domagają się globalnego zakazu rozwoju sztucznej inteligencji ogólnej (AGI), która mogłaby przewyższyć człowieka.
- Protesty miały miejsce przed The AI Conference w San Francisco, wydarzeniem promującym AI jako technologię, która ma „zrewolucjonizować każdy aspekt ludzkiej egzystencji”.
W San Francisco, mieście, które uczy świat, jak myśleć o przyszłości, rozległy się głosy sprzeciwu. I nie były to głosy algorytmów, lecz ludzi z krwi i kości, trzymających w rękach kartonowe transparenty. Przed halą Pier 48, gdzie odbywała się The AI Conference, zebrały się dwie pozornie różne grupy. Jedna walczyła o godne pensje, druga – o przetrwanie gatunku ludzkiego. Obie łączył wspólny wróg: sztuczna inteligencja, która wymyka się spod kontroli.
Dlaczego kierowcy Ubera mówią algorytmom ‘dość’?
Większą z grup, liczącą około 20 osób, stanowili kierowcy Ubera i Lyfta. Ich problem z AI nie jest abstrakcyjny. Jest bardzo konkretny i można go znaleźć na ich kontach bankowych. Od 2022 roku, kiedy Uber wprowadził system płac oparty na AI, kierowcy obserwują spadek dochodów. Mechanizm jest prosty – i brutalny. Jeśli kierowca odrzuci nisko płatne zlecenie, algorytm karze go, ograniczając liczbę kolejnych ofert. Jakby tego było mało, aplikacja potrafi celowo spowalniać przejazdy, co sprawia, że osiągnięcie dziennego celu finansowego staje się niemal niemożliwe.
Na jednym z transparentów widniał napis: “Uber: End AI Wages” (“Uber: Skończcie z pensjami od AI”). To nie jest bunt przeciwko technologii jako takiej. To żądanie transparentności. Kierowcy chcą wiedzieć, jak działają systemy, które decydują o ich być albo nie być. Chcą też realnej, ludzkiej ścieżki odwoławczej, gdy algorytm popełni błąd. Neil Martin, koordynator ds. sprawiedliwości technologicznej w Working Partnerships USA, ujął to bez ogródek: “W przypadku Ubera i Lyfta widzimy, jak sztuczna inteligencja faktycznie decyduje, ile pracownicy zarabiają i ile mogą pracować”. To już nie narzędzie. To cyfrowy nadzorca.
Czy AI doprowadzi do końca ludzkości?
Kilka metrów dalej stała mniejsza, może ośmioosobowa grupa. Ich przekaz był jednak znacznie bardziej radykalny. Aktywiści ze Stop AI nie martwią się o stawki za kilometr. Martwią się o scenariusz rodem z Terminatora. Rozdawali ulotki, w których ostrzegali nie tylko przed kradzieżą danych i miejsc pracy, ale też przed przyspieszeniem katastrofy klimatycznej i, owszem, ekstynkcją ludzkości. Jeden z protestujących nosił koszulkę z prostym hasłem: “Stop AI”.
Ich główny postulat to permanentny, globalny zakaz rozwijania sztucznej inteligencji ogólnej (AGI) – systemu, który miałby intelektualnie przewyższyć człowieka. To właśnie AGI jest dla nich cyfrową puszką Pandory, której otwarcie zakończy naszą epokę. Choć ich protest był niewielki, wywołał napięcie. Doszło nawet do drobnej sprzeczki między aktywistami a jednym z uczestników konferencji, który czekał w kolejce, by posłuchać o cudach tej samej technologii, która według ludzi za barierkami ma nas wszystkich zniszczyć. Surrealizm w czystej postaci.
Co to wszystko oznacza dla rewolucji AI?
Organizatorzy The AI Conference piszą na swojej stronie, że ich celem jest “przyjęcie potężnych możliwości AI, by zrewolucjonizować każdy aspekt ludzkiej egzystencji”. Wygląda na to, że rewolucja właśnie nadeszła, ale przyniosła ze sobą również kontrrewolucjonistów. Protesty w San Francisco, choć skromne liczebnie, są niezwykle symboliczne. Pokazują dwa oblicza lęku przed AI: to codzienne, związane z portfelem i godnością, oraz to ostateczne, eschatologiczne.
Te dwa nurty, ekonomiczny i egzystencjalny, będą kształtować publiczną debatę o sztucznej inteligencji w nadchodzących latach. Technologiczni optymiści muszą w końcu przyznać, że ich wynalazki nie działają w próżni. Działają w świecie realnych ludzi, którzy mają rachunki do zapłacenia i boją się o przyszłość swoich dzieci. I czasem, by zostać usłyszanym, wychodzą na ulicę z kawałkiem tektury. Nawet w San Francisco.